Polska powinna jak najszybciej wejść do strefy euro

Polska mogłaby wejść do strefy euro, wprowadzając podobne rozwiązanie jak wcześniej Bułgaria, która zmagała się z hiperinflacją. Tzw. currency board, czyli sztywny kurs złotego do euro, zapobiegłby wahaniom, pozwolił na...

Polska mogłaby wejść do strefy euro, wprowadzając podobne rozwiązanie jak wcześniej Bułgaria, która zmagała się z hiperinflacją. Tzw. currency board, czyli sztywny kurs złotego do euro, zapobiegłby wahaniom, pozwolił na spokojny okres przejściowy i nie wymagałby zmian w Konstytucji – wskazuje ekonomista prof. Marian Noga. Ekspert ocenia, że argumenty przeciwników wejścia do strefy euro, takie jak radykalny wzrost cen, są nieprawdziwe, a w tym kontekście bardzo ważna jest edukacja i podnoszenie świadomości ekonomicznej Polaków. Podkreśla też, że wejście Polski do strefy euro będzie mieć niemal wyłącznie pozytywne konsekwencje i tej decyzji nie należy dłużej odkładać.

 Wchodząc do strefy euro, mielibyśmy przede wszystkim dużo niższe oprocentowanie naszych kredytów i wszelkich pożyczek. Prosty przykład: w Polsce stopa referencyjna, czyli podstawowa stopa NBP, wynosi 1,5 proc., natomiast w EBC jest piętnaście razy niższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista prof. Marian Noga, były senator i członek Rady Polityki Pieniężnej, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jak zauważa, mogłoby to stanowić pewien problem dla banków, nieprzyzwyczajonych do operowania na taki niskich stopach procentowych. Banki musiałyby dobrze kalkulować swoje koszty, ponieważ przy tak niskim oprocentowaniu prowadzenie działalności bankowej wiązałoby się z obniżaniem jednostkowego kosztu produktu finansowego.

– Gospodarstwa domowe są z kolei nieprzyzwyczajone do brania dużych i częstych pożyczek. Rzeczywiście, aż taki duży skok obniżenia oprocentowania byłby szokiem dla podmiotów gospodarczych w Polsce, ale z pewnością na korzyść. Zaciągać kredyt oprocentowany przykładowo 12 proc. a 2 proc., to olbrzymia różnica. Mamy w Polsce popyt przynajmniej na milion mieszkań, a kredyty na mieszkania oprocentowane 10-krotnie niżej byłyby w pewnym sensie rozwiązaniem problemu mieszkaniowego, bo wszystkie dotychczasowe programy uważam za niezbyt udane – mówi prof. Marian Noga.

Ekspert ocenia, że nietrafiony jest również argument dotyczący możliwego wzrostu cen po wejściu Polski do strefy euro. Wzrostów, owszem, należy się spodziewać, ale wynoszących maksymalnie ok. 1–1,5 proc.

– To są mity cappuccino, chleba i piwa w Hamburgu. Jeżeli jeden towar zdrożał o ileś procent, a na rynku jest ich 4–5 mln, to patrząc przez pryzmat tego cappuccino, może się wydawać, że jest drożej. Realnie ceny wzrosły o 1–1,5 proc. i o tyle mogą wzrosnąć najwyżej – ocenia prof. Marian Noga. – Opowiadanie o wzroście cen czy utracie polityki monetarnej to bajki. Stracilibyśmy ewentualnie jakieś regulacje EBC, mając niezsynchronizowany cykl koniunkturalny z innymi krajami, bo faktycznie w przypadku spowolnienia gospodarczego czy kryzysu w Polsce by się on pogłębił. Jeżeli jednak mamy zsynchronizowane cykle koniunkturalne, nie ma tego zagrożenia – dodaje.

Akces Polski do strefy euro wiązałby się z rezygnacją z narodowej polityki monetarnej na rzecz polityki Europejskiego Banku Centralnego, dlatego przeciwnicy takiego kroku często argumentują, że pogłębiłoby to kolejny, ewentualny kryzys gospodarczy. Zdaniem ekonomisty to nie do końca prawda. W ubiegłorocznym raporcie Komisji Europejskiej („Polska w UE. Nowe wyzwania”) prof. Marian Noga wskazuje, że w trakcie poprzedniego kryzysu z lat 2007–2014 polskie towary na rynkach zagranicznych taniały. Pociągnęło to za sobą wzrost eksportu i zatrudnienia, dzięki czemu jego skutki w Polsce nie były aż tak dotkliwie odczuwalne. Na tej podstawie część ekspertów i polityków wyciągnęła wniosek, że lepiej pozostać przy własnej walucie. Jednak prof. Marian Noga ocenia, że w długim terminie taki efekt by się nie utrzymał.

Jak podkreśla, w kontekście „Europy dwóch prędkości” Polska sama skazuje się na podążanie wolniejszym kursem i spycha na polityczny margines, nie będąc członkiem strefy euro. Ocenia także, że w tej sprawie nie jest potrzebne kolejne referendum, ponieważ opowiadając się za wejściem do struktur UE w 2003 roku, Polacy w referendum akcesyjnym już raz zgodzili się na przystąpienie do unii walutowej.

– Gdyby Grecja nie była w strefie euro, zbankrutowałaby znacznie szybciej. Słowacja jest lepszym przykładem, wszyscy mówili, że nie będziemy na narty jeździć, że będzie drogo. Tymczasem Słowacja rozkwitła, dzięki euro ma naprawdę szybkie tempo wzrostu PKB. Twarde dane pokazują, że wejście do strefy euro daje więcej korzyści niż ewentualnych negatywów. Jeżeli boimy się tak bardzo – powinniśmy zrobić to samo, co Bułgarzy, którzy mają sztywny kurs lewa do euro. Po roku czy półtora można będzie sprawdzić, czy to się opłacało, i wejść do strefy euro już łagodnie, bez hałasów i krzyków. Taka formuła jest do przyjęcia i nie wymaga zmian w Konstytucji. Mówiąc dowcipnie, wystarczyłoby wsadzić Radę Polityki Pieniężnej w samochód, zawieźć na Aleje Ujazdowskie do urzędu Rady Ministrów i to ogłosić – mówi prof. Marian Noga.

Ekonomista podkreśla, że kryzys długu publicznego w Grecji nie był wynikiem wejścia do strefy euro, ale wynikiem m.in. fałszowania statystyk ekonomicznych i nieefektywnego wykorzystania funduszy unijnych, a Grecja w ogóle nie powinna była się znaleźć w strefie euro, ponieważ nie spełniała wymaganych kryteriów wejścia. Natomiast w przypadku Polski dobrym rozwiązaniem mógłby być system sztywnego kursu walutowego (currency board), przyjęty już wcześniej przez Bułgarię, zmagającą się z hiperinflacją. Currency board to jedna z dopuszczalnych ścieżek wejścia do strefy euro. Oznacza sztywny kurs waluty krajowej do określonej waluty, w tym przypadku euro, co eliminuje wahania, to rozwiązanie można wprowadzić tylko na podstawie ustawy bądź rozporządzenia Rady Ministrów, bez konieczności zmian konstytucyjnych.

Ekspert wrocławskiej Wyższej Szkoły Bankowej ocenia, że wejście Polski do strefy euro nie pociągnie ze sobą praktycznie żadnych negatywnych konsekwencji, ale im dłużej będziemy odwlekać tę decyzję, tym ciężej z czasem będzie ją podjąć.

 Problem polega na tym, że w tej chwili nie umiemy już poruszać się w sferze niskich stóp procentowych, w sferze blisko deflacji. Obecnie mamy jakiś wzrost, ale wcześniej przez blisko dwa lata żyliśmy w sferze deflacji i niskich cen, co bardzo źle oddziałuje na gospodarkę, na przedsiębiorców. Przeciągając tę sprawę, wpadniemy w stan, w którym nie będziemy już w ogóle umieli funkcjonować przy niskich stopach procentowych i wtedy nie wejdziemy do strefy euro. To może zaprowadzić Polskę na margines Unii Europejskiej, a sceptyczne siły polityczne szybko doprowadzą do tego, że Polska nie będzie w Unii. To byłaby strata ½ budżetu rocznie, tylu pieniędzy by nam zabrakło – podkreśla ekspert Wyższej Szkoły Bankowe we Wrocławiu.

Zdaniem ekonomisty fundamentalne znaczenia ma w tym przypadku także edukacja ekonomiczna i podnoszenie świadomości Polaków, ponieważ z ubiegłorocznego sondażu CBOS wynika, że tylko 24 proc. społeczeństwa opowiada się za przyjęciem wspólnej waluty (zdecydowanie tak lub raczej tak). Ten odsetek radykalnie spadł od 2002 roku, kiedy za wejściem do strefy euro było 64 proc. Polaków.

Do strefy euro należą dzisiaj: Niemcy, Francja, Austria, Hiszpania, Belgia, Finlandia, Grecja, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Włochy, Portugalia, Cypr, Słowenia, Słowacja, Estonia, Malta, Łotwa oraz Litwa, która przystąpiła do niej w 2015 roku. Na mocy podpisanych umów europejską walutę przyjęły też Monako, San Marino i Watykan, które nie są członkami UE. Poza strefą euro pozostają: Polska, Wielka Brytania, Dania, Czechy, Bułgaria, Chorwacja, Rumunia, Szwecja i Węgry.

Kategorie
Finanse
Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź

*

*

Podobne wpisy